Ósma rano, ciepła kawa, jogurt naturalny z museli i malinami, Rosalie (głośno), otwarty balkon, Masza wyżerająca kwiatki z wazonu, 25`C. Mam urlop, dziecko żłobek, a mąż pracę. Czaaaaaas ze sobą sobą, bezcenny.
Na kolanach Vogue z poprzedniego miesiąca (bo przecież nie aktualny), ciepła (!) kawa, najlepsza bo zrobiona przez męża, w ręce. Niedziela. Chill vibes. Z balkonu dochodzą roześmiane głosy mojej ulubionej dwójki. Kamil, o tu, o tu! Ósma godzina, a już niemal 30` C. Minimalny wiatr kołysze czubkami drzew, które podglądam z okna sypialni. Nadal wiosna, a już lato. Na to czekaliśmy.

Uwielbiam to mieszkanie - zieleń z każdej strony, cisza. Pół godziny od centrum, nadal dość blisko, a spokojnie. Moja oaza, ukojenie. Z czasem upewniam się, że pozostanie tu bylo dobrą, choć nie łatwa decyzją. Bywało, że chciałam zacząć na nowo, odciąć się od miejsc i wspomnień. Teraz wolę odczarować to co wzbudzało moje wątpliwości, wrócić do idei mówiącej o tym, że warto naprawiać, nie pozbywać się. Chyba o tym właśnie zapominamy w dzisiejszych czasach. Głównie w relacjach. Ponownie - z autopsji.

Oczyszczenie, a jednocześnie metafora? Odkopywanie piwnicy z magazynowanych w niej przez 25 lat gratów.

Dla takich chwil warto się starać, spalać, żyć w biegu. Bez kontrastu nie potrafiłabym się tym cieszyć. Wiem jak było jeszcze dwa lata temu, czas przelatujący przez palce. Tyle cudownych choć zwykłych momentów i ja nimi znużona. Dzisiaj to właśnie one są dla mnie powodem do radości. Dalej jestem złośnicą, marudą. Ludziom którzy mają mnie blisko pewnie nie raz więdną uszy podczas wysłuchiwania moich wywodów. Bywają dni, tygodnie, gdy nie doceniam, gdy jestem w próżni i nic mi nie pasuje. Potrafię w moment wpaść w furię, za którą później mi wstyd. Ale gdzieś w środku układam się, powolutku. Może to faktycznie prawda, te słowa dojrzałych kobiet, że dopiero po trzydziestce, czterdziestce człowiek odnajduję równowagę i czuje się dobrze ze sobą.

Mamoooo, oooć! Dopijam.