Jest październik. Liście lecą z drzew. Kilka minionych dni to filmowa, piękna złota jesień. Najulubieńsza. Śmieję się, że nagle wszyscy najbardziej lubią tę właśnie porę roku. Może dlatego, że tak krótko trwa? W powietrzu czuć jeszcze wspomnienie lata, ale na karku ślizga się zimny wiatr. W moim przypadku spanie w bluzce na ramiączkach staje się wykluczone - marznę. Chodzenie boso po mieszkaniu również odpada (żeby umilić sobie tę rozpacz noszę fancy klapeczki z lata). Ogólnie po długim lecie wróciły te chwile gdy grzeję się gorącym prysznicem i herbatą (!), a rano nie mogę wygrzebać z pościeli bo zimmmnoooooo.

Prawie skończyliśmy remont. Brakuje szafki i lustra w toalecie. Półek nad wanną. Porządku w szufladzie pod zlewem (15 minut których nie mam, haloooo). Haczyków na ręczniki. Staram się doceniać, bardzo-bardzo. Chociaż charakter wiadomo jaki i już myślę o wymianie podłóg, kanapie do salonu, listwach przypodłogowych i pokoju Laury. Joł.

Ponadto ludzie mnie zaskakują. Nadal. Mocno. W obie strony.

Królowa świata śpi z rękami rozrzuconymi koło twarzy, a ja klepie posty z podłogi. Jak to dobrze, ze pod tyłkiem miękka wykładzina. W tle buczy zmywarka. Nie umiem uzasadnić jak to jest, ale zawsze jest pełna. Tak samo jak dwa kosze śmieci.

Powstało miejsce w którym będę notować słów klika dla mojej latorości. Laurkowatości. Córkowatości. Jak to cudownie, że ją mam. Bywa różnie, ale więcej już dobrych chwil, niż konsternacji. Miesiąc jedenasty zaraz zapuka. Kiedy to minęło, pytam? Jest najlepsza. A ja staram się notować, chociaż wychodzi różnie. Dla siebie? Dla niej? Dla nas.
(zdjęcia pochodzą ze strony Tumblr.com)
Po sierpniowej dolinie nie ma śladu. Może jakieś pyłki, okruszki. Staram się poukładać sobie w głowie. Zrozumieć jak wielki potencjał drzemie w kobiecie, jak dużo jest w stanie znieść, jak również to jak diametralnie różni się od mężczyzny. I nic na to nie poradzę, choćbym starała się z całych sił. 

Do przepracowania jeszcze umiejętność proszenia o pomoc / odpuszczania / ignorowania / nie rozdrapywania. No i to wymaganie od siebie level milion. Spójrz na to z boku i zobacz wreszcie jak inni mają w dupie i żyją. Ale i tak jestem już hen daleko od tego co było więc powinnam być z siebie dumna (a oczywiście nie jestem bo przecież jeszcze to, to i to).

Przyszła jesień. Nie wiem czy jestem gotowa na to, że moje dziecko kończy rok. Nie wiem kiedy to minęło. Z jednej strony wydaje mi się, że siedzę w pieluchach odkąd pamiętam. Z drugiej - jeszcze mam przed oczami jak leżeliśmy w pustej sypialni, na gołym materacu położonym na świeżej szarutkiej wykładzinie i głaskaliśmy piłkę przyczepioną do mojego brzucha, która co i rusz podskakiwała. Tłukłam sudoku do późnych godzin nocnych, głowiąc się jak boli skurcz i czy aby przypadkiem go nie przegapię i obudzę się rano z noworodkiem między nogami (taaaa, chciałabyś!). Oglądając pierwsze zdjęcia L też przeżywam misz-masz emocjonalny. Bo rozkleja mnie / zastanawia jak ja obsługiwałam takie maleństwo, jak ja umiałam? Szkoły, rady, wszystko to teoria. A weź taką okruszynę w ręce i wykąp po raz pierwszy. To są dopiero przeżycia.

A teraz proszę, siedzę na tej samej wykładzinie (choć lekko przydeptanej), z laptopem na kolanach, królowa śpi w dwumetrowym łożu (dzisiaj jest nieodkładalna), a w tle szumi jej miś. Wsunęłam dwie kanapki z awokado, pomidorem i oliwkami (kolacja idealna) i sączę Perełkę w zielonej butli (tak, raz na jakiś czas sobie pozwalam, jestem pato-matką). Takie wieczory też się zdarzają. Tuż obok tych gdy nie mogę zostawić jej samej nawet na sekundę bo jest płacz, ale też takich gdzie śpi w łóżeczku dwie godziny bez alarmu.

Decyzje dalej tłuką mi się w głowie, póki co nadal nie wiem.